Nie tylko o biesach i czadach…

Na bieszczadzkim szlaku - część I

Zaproszenie w Bieszczady

W górach jest wszystko, co kocham… wyznał Jerzy Kukuczka – wybitny himalaista, człowiek o dokonaniach absolutnie niezwykłych, „nieludzkich” – chce się rzec. Nijak mi się z nim stawiać w szeregu, ale akurat tę myśl powtarzam po wielokroć. A za mną moje dzieci.

Trudno nie podzielać zachwytu wobec piękna gór, ich monumentalizmu oraz stałości i spokoju, którymi szczyty wręcz emanują, zwłaszcza zimą. Plus takie niebanalne banały jak mierzenie się z własną słabością, szukanie swoich granic, pokonywanie lęków… No i oczywiście niespotykany w innych warunkach odpoczynek psychiczny, często tym większy, im mocniejsze fizyczne zmęczenie.

Górami, z którymi szczególną więź czuje wielu turystów, są Bieszczady. I właśnie w ten południowo-wschodni zakątek Polski chcę Państwa dziś zaprosić. Koniecznie z dziećmi! Pamiętacie ludową mądrość: Czym skorupka za młodu…?

A że dzieci uwielbiają legendy, warto zacząć właśnie od baśniowej opowieści. Zwłaszcza, że każda okazja do rozmów z dziećmi jest na wagę złota w zabieganym życiu. A wspólne snucie historii rozwija słownictwo, uczy kojarzenia faktów, pomaga oceniać bohaterów, zmusza do myślenia przyczynowo-skutkowego, kształtuje wyobraźnię. I najważniejsze: pozwala ciekawie spędzić czas. A rodzic wreszcie nie występuje w roli kontrolera / opiekuna / kucharki / sprzątaczki / egzekutora, itp.

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1

Legendarne początki

Tak dawno, że nikt już dokładnie nie pamięta kiedy, na terenie Bieszczad (wówczas jeszcze nienazwanych) żył Bies. Niby z piekła rodem, a nosił skrzydła. Ta rogata istota strzegąca pięknej krainy lasów, połonin i gór przepędzała kupców i pasterzy, nie chcąc się dzielić z nikim spokojem tej ziemi.

Gdy jednak przybyło plemię roztropnego i dzielnego Sana, Bies żadnymi sposobami nie mógł zniechęcić tych wytrwałych ludzi do opuszczenia granic. Tak bardzo pokochali oni ów skrawek ziemi! Na pomoc wezwał Bies złośliwych czadów. A pomysłowość czarcich pomocników w czynieniu zła była ogromna! Chochliki niszczyły zboże, truły wodę, straszyły bydło, psuły jedzenie, rozlewały mleko, chowały ubrania.

Wydawało się, że ludzie Sana odpuszczą, zmęczeni codziennymi utarczkami.

Nagle wszystkie złośliwości ustały. Okazało się, że San uratował życie najstarszemu z czadów, a ten – zaskoczony okazaną dobrocią, na którą wszak nie zasłużył – obiecał poprawę. Przekonał swoich pobratymców. Od tej pory zamiast szkodzić, z ukrycia pomagali ludziom. Nie spodobało się to Biesowi.

Długo Bies walczył z Sanem w morderczym pojedynku. I pewnie byłby go w końcu pokonał, bo San choć dzielny i silny, musiałby ustąpić nieziemskiej mocy. Ale na szczęście Bies – pewny zwycięstwa – walczył bez skrzydeł, a to w nich drzemała jego potęga. Jeden z czadów rzucił je do rzeki, przy której walczyli. W tym momencie woda zmętniała, wzburzyła się i porwała Biesa i Sana.

O świcie znaleziono ich ciała splecione w śmiertelnym uścisku. Aby pamięć o ich przywódcy przetrwała, ludzie nazwali rzekę Sanem. (A gdyby jeszcze na przegryzkę zabrać do auta ciasteczka tej firmy z Podkarpacia właśnie…) Zaś góry, które przecinała rzeka, Bies-czadami.

Ponoć wędrowcy, którzy napotkają na szlaku czada, nawet o tym nie wiedząc, zostają zauroczeni pięknem tej ziemi, a uroku tego pozbyć się nie można do końca swych dni.

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1

Na bieszczadzkim szlaku…

Te Bieszczady to takie trochę wybawienie w powszechnym zabieganiu, zmęczeniu i zniecierpliwieniu. Kilka dni, żeby pobyć razem, bez pośpiechu, w ciszy i bliskości z przyrodą. Bez pracy, która często skutecznie stawia siebie w centrum, nie zostawiając już miejsca na nic innego.

Śródtytuł o bieszczadzkim szlaku trochę rozmija się z prawdą. Owszem, będąc w Bieszczadach żal nie pójść w góry, ale raczej na krótki spacer zimowy. Tak na trzy godzinki do Chatki Puchatka – schroniska na Połoninie Wetlińskiej. O ile pogoda pozwoli i kondycja, ale nic na siłę.

Pierwotnie schronisko miało zupełnie inne przeznaczenie. Wybudowano je po II wojnie światowej po to, by służyło jako… posterunek obserwacyjny dla wojska. Kiedy nie było już potrzebne dla służb, bo zmieniły się granice, budynek przejął PTTK.

Od kiedy przed wielu laty pojechałam w Bieszczady po raz pierwszy i od razu zakochałam się w nich, minęło sporo czasu. W agroturystyce zmieniło się wiele. Ale sama Tarnica jak stała, tak stoi. Podobnie jak Halicz, Rozsypaniec, Bukowe Berdo i cała Reszta.

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1

 

Zmieniło się podejście pod Tarnicę. Ułożono schody, jest z nimi wygodniej, no i szlak się rzeczywiście rewitalizuje szybko, ale jakoś tak klaustrofobicznie, bo na wysokości oczu biegnie wciąż pasek i odbiera trochę radości. Ale już odcinek z Tarnicy na Halicz nie ma minusów. Jest pięknie, majestatycznie, wąsko, cicho i spokojnie (choć i tak można spotkać znajomych…).

Niby cicho, a gdy się człowiek wsłucha w tę ciszę, zaskakuje ilością brzmień: skrzypienie śniegu, szelest gałęzi, tarcie kurtki przy każdym ruchu, bicie serca, uderzanie tętna krwi, strzępki rozmów nieopodal. A przede wszystkim pokonywanie przestrzeni o własnych siłach: krok za krokiem, krok za krokiem, krok za krokiem.

I tak naprawdę na szlaku dopiero dociera do nas często, jak bardzo brakuje nam takiej prostoty w codziennej bieganinie. Nawet jak pogoda nie rozpieszcza. Nawet jak nie: ciepło, słonecznie i bosko. Nawet jak nie: żadne tam zapierające dech w piersiach widoki strzelistych Tatr. Skromne Bieszczady po prostu. Skromne i w s p a n i a ł e. Bezcenne piękno świata i zachwyt totalny. No i w rodzinnym gronie.

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1

 

Agroturystyka, placki po bieszczadzku, piwo z browaru Ursa Maior

Po takim „spacerku” śmiało można skusić się na przepyszne placki po bieszczadzku. Nawet jeśli na co dzień gustuje się w jedzeniu typu fit. Góry mają to do siebie, że dodają apetytu. Ostre, świeże bieszczadzkie powietrze sprawia, że rzeczywiście można zjeść konia z kopytami. Nie bez przyczyny górale to ludzie hardzi, zaradni, odporni.

Ci, którzy nie siedzą za kółkiem, mogą wybierać z szerokiego wachlarza regionalnych piw z browaru Ursa Major. To produkty, z których naprawdę Polska może być dumna. Łączą tradycyjny smak z nowoczesnym zarządzaniem, troskę o Bieszczady z europejskimi standardami reklamy, artystyczne etykiety z ciekawymi nazwami. Dla mnie bomba. Tylko drogo niestety…

Staramy się bywać w Bieszczadach systematycznie. Stąd łatwiej nam zobaczyć, jak zmienia się oferta noclegów. Dawno minęły czasy nędznych warunków sanitarnych, lichych wersalek, wyziębionych pokoi. Powszechny jest standard nocowania w komfortowych warunkach. O niebo lepszych niż dawniej.

Kominek rozpalony „na bogato”, łazienka na błysk wyszorowana, lód w kostkach i 26 stopni w pokoju, kuchnia lepiej wyposażona niż własna. Generalnie bez zastrzeżeń, najmniejszych. A podłoga taka czysta, że maluch bez obawy może raczkować, starszak bawić się LEGO, a młodzież układać puzzle.

A przy tym w cenie przyzwoitej. Szczególnie zimą. Na pewno niższej niż na Pomorzu za ten sam standard. Wiele pensjonatów ma swój klimat. Na przykład wypchany borsuk strzeże kominka, a bażant patrzy z góry na salon. Zaś widoki za oknem powalające.

 

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1

Atrakcje dla małych i dużych

Jeden wpis na bieszczadzki temat to za mało! W kolejnym tekście przeczytacie o trzech atrakcjach, które zrobią wrażenie na każdym dziecku: przejazd bieszczadzką ciuchcią, rzut oka na „Bieszczadzkie morze” oraz na spacer po skansenie w Sanoku.

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz.1

 

Fot. Emilia Adamów, Nie tylko o biesach i czadach…, Na bieszczadzkim szlaku – cz. 1